„Czy czas się tu zatrzymał?” – relacja z wyjazdu do Krzemieńczuka

Prawie dwie godziny w samolocie. Lądowanie w Kijowie. Tam czekał już na nas autokar, który miał zabrać nas do Krzemieńczuka. Spędziliśmy w nim nieco ponad pięć godzin i wreszcie byliśmy na miejscu. Jak wyglądał cel naszej podróży?

Pierwsze wrażenie

Chwilę po wyjściu z autokaru, chyba wszyscy zadaliśmy sobie pytanie czy czas się tu zatrzymał?. Dworzec, jaki zobaczyliśmy, wydawało się, że pozostawał w niezmienionej formie od początku swojego istnienia. Z zewnątrz bardzo poszarpany i podziurawiony beton, szara elewacja z mnóstwem reklam i kolorowymi banerami, sam podjazd dla autokarów był mieszaniną trawy i mocno zużytego asfaltu. Gdyby nie powiedziano nam, że to dworzec, zapewne nikt z nas by tak nie pomyślał. Tak, to to miejsce, gdzie płaci się za toaletę i wydzielają ci określoną ilość papieru.

Gdy weszliśmy do środka, nie było już tak źle. Oczywiście, wnętrze również zatrzymało się w czasie. Ale było w nim coś, powiedzmy, estetycznego. Dało się wyczuć chęć dobrej prezencji i zrobienia pozytywnego wrażenia na przyjezdnych. Ogromne rośliny, ładne dekoracje i ogólna schludność tej sali zaskoczyły nas pozytywnie. Na jakieś pół minuty, zanim wyszliśmy na drugą stronę dworca. Tam rozpościerał się widok blokowisk i dość dziwnie zagospodarowanej przestrzeni. Wszystko zdawało się być porozrzucane w losowej kolejności. Miszmasz ukazywały dodatkowo przeróżne elewacje budynków – często kilka kombinacji kolorystycznych, zupełnie od siebie oderwanych, występowało na jednym bloku.

Komitet powitalny nie był zbyt okazały. Trzy studentki i dwie koordynatorki. Wywołało to delikatne zaskoczenie, gdyż nas, wraz z koordynatorką, była ósemka. Byliśmy strasznie zmęczeni, a one troszkę zawstydzone. Na pierwszy rzut oka dało się stwierdzić, że obie strony nie wiedziały jak się mają zachować, ale wymieniliśmy uśmiechy i przedstawiliśmy się sobie.

Komunikacja

W tym aspekcie pojawiły się małe komplikacje. W naszej grupie były tylko dwie osoby zaznajomione z językiem rosyjskim, bądź ukraińskim. Nasze gospodynie zaś nie potrafiły mówić w języku polskim, ani angielskim. Można stwierdzić, że byliśmy onieśmieleni, ale i zaintrygowani. Jak będziemy spędzać ze sobą najbliższe dni? Dogadywać się na migi? Na dłuższą metę mogłoby to być nużące i powodować nieporozumienia. Póki mogliśmy, korzystaliśmy z pomocy naszych tłumaczek. Gdy ich już nie było, przekazywaliśmy komunikaty w najprostszych zdaniach. Nie ma też co ukrywać, że niektóre słowa w tych językach są podobne. Nie mieliśmy na przykład problemu, żeby zrozumieć, co one mówią (chyba, że mówiły bardzo szybko), ale gorzej wyglądało to, gdy my chcieliśmy im odpowiedzieć.

Pobyt
Plany były dość ambitne i chyba można stwierdzić, że wszystko się udało. Odwiedziliśmy oczywiście ich uniwersytet, zwiedziliśmy miasto, park z wesołym miasteczkiem i widokiem na Dniepr. Byliśmy też w lokalnej galerii sztuki i urzędzie. I dni zawsze dzieliły się na tę oficjalną część planu i na czas wolny. Wtedy chodziliśmy po mieście lub odpoczywaliśmy. Wieczorem zawsze staraliśmy się pójść gdzieś z naszymi gospodarzami. To oni proponowali, co zobaczyć, gdzie pójść, co zjeść. Wieczory przeważnie upływały nam nam na pobytach w polecanych knajpkach, jedzeniu i próbach dyskusji. Osoby, u których mieszkaliśmy, zazwyczaj zapraszały także swoich znajomych, więc spędzaliśmy czas w dość licznym gronie.

Chcielibyście dowiedzieć się więcej? Zobaczyć zdjęcia? Zapraszamy na wernisaż, który rozpocznie się 18 maja o godzinie 18:00 w siedzibie polsko-ukraińskiej fundacji „Zustricz” (ul. Karmelicka 34)!
Relacja powstała dzięki rozmowie z Michałem Bartoszewiczem.

Dodaj komentarz